Hyundai Ioniq dojrzał z wyglądu

Hyundai Ioniq dojrzał z wyglądu (Fot. Michał Zieliński)

Test Hyundaia Ioniqa Electric po liftingu: są dwa powody, dlaczego wolałbym starszą wersję

Oto samochód, który mógłby być jednym z najlepszych elektryków na rynku. Ma przestronne wnętrze, oszczędny napęd i wygląda dobrze. Jednak wysoka cena i problemy z szybkim ładowaniem sprawiły, że Hyundai Ioniq Electric okazał się rozczarowaniem.

Hyundai Ioniq 38 kWh — test

Długo czekałem na moment, w którym w moje ręce trafi Hyundai Ioniq Electric, bo sporo dobrego słyszałem o wersji sprzed liftingu. Był to szalenie ekonomiczny samochód – według badań ADAC zużywał tylko 14,7 kWh/100 km. Tak dobrego wyniku członkom automobilklubu nie udało się osiągnąć w BMW i3, Renault Zoe czy nawet malutkim Smartcie Fortwo. A przecież mówimy tutaj o kompaktowym liftbacku, który na pokład może wziąć całą rodzinę z bagażami.

Nadwozie typu liftback zmniejsza opór powietrza, ale też dobrze wygląda i jest praktyczne

Zasięg Ioniqa sprzed liftingu nie powalał i wynosił 211 km wg danych ze wspomnianego badania. Koreańczyk nadrabiał za to możliwościami szybkiego ładowania, co doceniają jego właściciele. Na stacjach oferujących do 100 kW mocy potrafi przyjmować do 70 kWh, więc naładowanie jego małego akumulatora o pojemności 28 kWh jest czynnością prostą i przyjemną. Nawet korzystanie z wolniejszych punktów o mocy 50 kWh wystarczało, by Ioniqiem jeździć w trasy. Widziałem śmiałków, którzy wybierali się nim nawet do Chorwacji.

Wreszcie, Ioniq wyglądał poprawnie. Nadwozie było dużo bardziej stonowane niż w przypadku BMW i3 (choć ja akurat jestem jego wielkim fanem) oraz duże przyjemniejsze dla oka niż w pierwszym Nissanie Leafie. Kompaktowy liftback nie krzyczał na prawo i lewo "hej, jestem elektryczny!", a to dla wielu mogło być dużą zaletą.

Skoro pierwszy elektryk Hyundaia okazał się tak udanym autem, jego wersja po liftingu powinna być jeszcze lepsza, prawda? W końcu Koreańczycy mogli wykorzystać wiedzę zdobytą przy projektowaniu Kony Electric (kolejne świetne auto na prąd) i sprawić, by Ioniq był jeszcze lepszy. Ku mojemu zaskoczeniu, wcale tak się nie stało.

Na pierwszy rzut oka: drobne zmiany

Spojler dzielący tylną szybę na dwie części wygląda ładnie, ale mocno ogranicza widoczność do tyłu

Oglądając auto z zewnątrz, można powiedzieć, że do tego liftingu najlepiej pasuje słowo "odświeżenie". Reflektory zyskały bardziej wyraziste kształty, delikatnie przeprojektowano zderzaki, tylne światła zostały przyciemnione i dostały nowocześniejszy wzór. Ważną zmianą są natomiast specjalne klapki w atrapie chłodnicy, które automatycznie otwierają się i zamykają, żeby poprawić właściwości aerodynamiczne auta.

Zobacz również: Nowy Hyundai i20 - test Autokult.pl

Więcej zostało poprawione we wnętrzu. Poza nowym ekranem zastępującym zegary pojawił się też system multimedialny kolejnej generacji. Pierwsze skrzypce gra tu duży, panoramiczny wyświetlacz o przekątnej 10,25". Szeroki układ pozwolił na możliwość korzystania z dwóch widoków jednocześnie: można np. mieć nawigację i radio na dodatkowym panelu z prawej strony. Całość przypomina rozwiązanie stosowane przez BMW. Szkoda tylko, że Koreańczycy nie skopiowali możliwości wyświetlania obrazu z Apple CarPlay/Android Auto i dodatkowego "okna" z jedną z aplikacji samochodu.

Kokpit jest przejrzysty i przemyślany

Pod dużym wyświetlaczem pojawił się przeprojektowany panel klimatyzacji, który teraz składa się głównie z przycisków dotykowych. Nie jest to ani estetyczne (bardzo szybko zostają na nich odciski palców), ani wygodne (nigdy nie wiadomo, w co się klika). Nowością jest też lista biegnąca po pasażerskiej stronie kokpitu. Wkomponowano w nią kratkę wentylatora i wygląda to naprawdę dobrze. Spodobał mi się też nietypowy sposób na montaż ładowarki bezprzewodowej do smartfona. Jest ukryta w specjalnej półce przy przyciskach do wyboru kierunku jazdy, która służy wyłącznie do przechowywania telefonu. Wskazuje na to jej kształt i fakt, że jest pochylona.

To, co się nie zmieniło, to przestrzeń pasażerska. Ioniq ciągle oferuje sporo miejsca z przodu oraz jeszcze więcej z tyłu. Kontrowersyjną sprawą jest jednak bagażnik. Na papierze ma tylko 357 l pojemności, co jak na kompakt jest wartością poniżej przeciętnej, ale jest funkcjonalny. Ma dużą powierzchnię, dzięki czemu świetnie sprawdza się przy przewożeniu np. długich przedmiotów. Hyundai dostaje jednak minus za brak kufra z przodu. Kable trzeba trzymać pod podłogą bagażnika, więc awaryjne ładowanie przy podróży z kilkoma walizkami będzie uciążliwe.

Widzicie to pudełko z lewej strony? To, które zabiera miejsce w bagażniku? Tak, tam jest kabel do ładowania ze zwykłego gniazdka

Ekonomia na medal

Układ napędowy elektrycznego hyundaia pozostał taki sam. Silnik ciągle generuje 136 KM, co jest w zupełności wystarczającą wartością do kompaktowego auta. Sprint do setki zajmuje 9,9 sekund, choć – jak to elektryku – to elastyczność jest tutaj kluczowa. Pod tym względem Ioniq nie zawodzi. Jazda po mieście w zimie skutkowała zużyciem prądu na poziomie 15,4 kWh/100 km, czyli mniej niż w takich warunkach uzyskuję w BMW i3 (ok. 18 kWh/100 km).

Najważniejszą – przynajmniej według Hyundaia – zmianą w Ioniqu jest jego akumulator. Wersja po liftingu ma ogniwo o pojemności 38,3 kWh, a więc ponad 36 proc. większe niż wcześniej. To oznacza, że w zimie auto jest w stanie przejechać na jednym ładowaniu ok. 250 km po mieście.

Tutaj mała dygresja. Latem 2019 roku testowałem elektrycznego Hyundaia Konę, który z 204-konnym napędem zużywał 12,5 kWh/100 km w mieście. Obstawiam, że Ioniq mógłby uzyskać podobny (a nawet lepszy) wynik, co przełożyłoby się na ponad 300 km zasięgu przy jeździe miejskiej. Czytaj więcej

Zaskoczeniem było to, że w trasie było niewiele gorzej. Na drodze szybkiego ruchu uzyskałem zużycie 16,8 kWh/100 km, a jadąc drogami krajowymi komputer, pokazał zaledwie 14,7 kWh/100 km. Dodam jednak, że jadąc "eską" nie przekraczałem 110 km/h. Próbę przeprowadziłem na trasie z Wrocławia do Warszawy, którą pokonałem z jednym bezpłatnym ładowaniem do 80 proc. w Bełchatowie. Cała podróż zajęła mi 5,5 godziny, z czego ponad godzinę spędziłem na ładowarce.

Hyundai zabił swój killer-feature

Długość mojego postoju była wręcz absurdalna, jeśli weźmiemy pod uwagę pojemność akumulatora i fakt, że korzystałem z ładowarki o mocy 50 kW. Tyle samo zajęła podobna sesja, gdy ładowałem Nissana Leafa e+, który ma ponad 60 proc. większe ogniwa. Problem w tym, że po liftingu Hyundai Ioniq stracił swoją wielką zaletę – bardzo sprawne ładowanie. O ile wersja sprzed modernizacji mogła korzystać z pełnej mocy ładowarki do ok. 80 proc. naładowania akumulatora, to teraz wartość ta jest ograniczana już przy ok. 50 proc. ładunku.

45 minut na stacji szybkiego ładowania pozwoliło uzupełnić 60 proc. akumulatora. Liczyłem na znacznie lepszy wynik

Na początku myślałem, że jest to wina tego konkretnego egzemplarza, ale podobne problemy zgłaszali inni użytkownicy ioniqów. Trafiłem nawet na wykres przygotowany przez Fastned, holenderskiego operatora ładowarek, który porównał obie odmiany modelu i wynik pokrywał się z moimi testami. Zapytałem polski oddział Hyundaia, dlaczego wersja po liftingu tak się zachowuje. Do momentu publikacji tekstu nie dostałem odpowiedzi.

Dużym rozczarowaniem była też próba naładowania samochodu na stacji o mocy 100 kW. Hyundai podkreśla, że Ioniq daje możliwość korzystania z nich, ale maksymalna moc, jaką udało mi się tam uzyskać, to 27 kW przy ok. 60 proc. naładowania akumulatora. Fastned donosi, że w ich testach auto zachowywało się tak samo, jak na ładowarce o mocy 50 kW. Tak więc jeśli macie Ioniqa po liftingu, nie ma sensu szukać mocniejszych stacji.

Ioniq jak wino

Hyundai Ioniq (2019)

Problemy z ładowaniem są o tyle męczące, że bez nich Ioniq byłby przyjemnym kompanem podróży. Wnętrze jest bardzo dobrze wyciszone, fotele są wygodne, a zawieszenie przyjemnie wybiera nierówności. I właśnie dlatego tutaj chcę wrócić do wersji sprzed liftingu. Paradoksalnie może okazać się, że jest lepszy wyborem, bo będzie mieć wszystkie zalety bez tej największej wady. Trzeba się tylko liczyć z tym, że kupujecie auto z drugiej ręki.

A co jeśli zależy wam na nowym samochodzie? Wtedy najlepszym wyjściem będzie kupienie czegoś innego niż Ioniq. Po liftingu auto podrożało i teraz jego cennik otwiera kwota 178 400 zł, choć testowany egzemplarz miał na metce 194 400 zł. Nissan oferuje Leafa e+ w topowej wersji za 184 tys. zł (cena promocyjna), który w mieście przejedzie ok. 400, a w trasie nie będzie irytował powolnym ładowaniem. Alternatywą może być też dużo tańszy Volkswagen e-Golf (choć ten ma mniejszy zasięg niż Ioniq) czy BMW i3 (tutaj mówimy o mniejszym, lecz ciekawszym aucie). Dodam, że ceny używanych Ioniqów zaczynają się od ok. 100 tys. zł.

Michał Zieliński

Największym problemem Hyundaia Ioniqa jest jego powolne ładowanie. Byłbym to w stanie zaakceptować, gdyby nie bardzo wysoka cena na tle konkurencji. Szkoda, bo te dwie wady przysłaniają szereg zalet. Samochód jest przestronny, komfortowy, a do tego nieźle wygląda. Biorąc pod uwagę, że na rok 2020 zapowiedziany jest prawdziwy wysyp aut elektrycznych, nie wróżę mu sukcesu na polskim rynku.

Ogólna ocena6z 10

Plusy:

  • przestronne wnętrze
  • wygodne zawieszenie
  • auto nie krzyczy, że jest elektryczne
  • ekonomiczny napęd

Minusy:

  • powolne ładowanie
  • wysoka cena
  • kiepska widoczność do tyłu
  • brak bagażnika z przodu
Hyundai Ioniq Electric (2019)
Rodzaj napędu Elektryczny  
Pojemność akumulatora 38,3 kWh  
Moc maksymalna: 136 KM  
Moment maksymalny: 295 Nm  
Pojemność bagażnika: 357 l  
Osiągi:
  Katalogowo: Pomiar własny:
Przyspieszenie 0–100 km/h: 9,9 s  
Prędkość maksymalna: 165 km/h  
Zużycie energii: 13,8 kWh/100 km 16,2 kWh / 100 km (w zimie)
Zasięg: 311 km 250 km (w zimie)

Zobacz pełne dane techniczne Hyundaia Ioniqa Electric na AutoCentrum.pl

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy samochodów:

Volvo S60 T6 Summum AWD FL - 4000 powodów [pierwsza jazda autokult.pl] Audi Q5 3,0 TDI S-Tronic quattro - weekend w militarnym klimacie [pierwsza jazda autokult.pl] Nowy Ford Ranger 2.2 TDCI 160 Super Cab (2016) - test, opinia, spalanie, cena Duże auto za niezłe pieniądze. Test Opla Insignia Sports Tourer 2.0 CDTi Nissan Leaf - polska prezentacja modelu [pierwsza jazda autokult.pl] Opel Astra Sports Tourer 1,4 Turbo Enjoy - śmierć karawanom [test autokult.pl] Toyota Hilux 2.4 D-4D (150 KM) Selection 50th: udomowienie pick-upa Ford Focus 1,0 EcoBoost Trend - ekologia na poziomie zaawansowanym [test autokult.pl] Test Infiniti QX60: kupujmy wolnossące V6, bo tak szybko odchodzą Ford Tourneo Custom 2,2 TDCi Titanium 300L - test Škoda Citigo 3D 1,0 MPI 60 KM Ambition – mów mi żabciu [test autokult.pl] Dacia Sandero 0,9 TCe Laureate - plus i minus [test autokult.pl]

Popularne w tym tygodniu:

Toyota Yaris czwartej generacji: po pierwszej jeździe wiem, że jest yarisem już tylko z nazwy SsangYong Musso Grand dorównuje konkurentom, a przy okazji jest od nich tańszy Jeździłem Fiatem 500 Hybrid. Żeby poczuć różnicę, musiałbym zmienić nawyki Hyundai i30 N Project C wygląda świetnie "na papierze", ale wolałbym zwykłego i30 N Peugeot e-208 to najciekawsze zelektryfikowane auto Francuzów, ale hybrydy też są warte uwagi Jaguar F-Type przeszedł facelifting. Koniec silnika V6, ale nie taki, jak się spodziewacie Test Audi Q3 Sportback 45 TFSI: zwracanie uwagi to jego główne zadanie Test Peugeota 208 PureTech 100. Mały francuz, w którym można się zakochać VW Passat GTE w długim dystansie: sprawdzamy zasięg i spalanie w mieście