169 900 złotych - tyle trzeba zapłacić za najnowszego elektryka chińskiej marki Omoda, jakim jest model E5. To nieźle wyglądający i bogato wyposażony SUV. Już w standardzie dostaniemy bowiem podgrzewane fotele i kierownicę, 18-calowe felgi, multimedia o przekątnej 12,3 cala czy system nagłośnienia Sony.
Do napędu zastosowano tu elektryczny silnik generujący 204 KM mocy i 340 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Są to niezłe parametry. Szkoda tylko, że gorzej wypada sam akumulator. I nie chodzi o przeciętną pojemność, która wynosi 61 kWh, lecz maksymalną obsługiwaną moc ładowania wynoszącą tylko 80 kW. Deklarowany zasięg zgodnie z normą WLTP to 402 km.
Większość mediów zachwyca się tą premierą, co nie do końca rozumiem, gdyż cena sięgająca 170 tys. zł, jak na "Chińczyka" nie jest przesadnie okazyjna. Za 3 tys. zł mniej możemy mieć Kię EV3. Owszem, z gorszym wyposażeniem, lecz wyższą obsługiwaną mocą ładowania i lepszą renomą marki.
Jeszcze tańsza jest Škoda Elroq startująca od 149 900 zł za wersję z akumulatorem 50 kWh i mocą 170 KM. Porównywalny z Omodą jest jednak wariant 60 z baterią o pojemności 63 kWh i mocą 204 KM. Kosztuje 159 900 zł, a więc o 10 tys. mniej od chińskiego konkurenta, a bije go na głowę mocą ładowania wynoszącą 165 kW.
Czas pokaże, czy Omoda E5 jest wyjątkiem, czy może wszystkie nowe elektryki z Chin przestaną być cenowymi okazjami. Jak na razie jest zbyt wcześnie, by stwierdzić to jednoznacznie, co nie zmienia faktu, że bez atrakcyjnych cen Chińczycy raczej nie powalczą z Europą.