Zapomnijcie o Škodzie, jaką znaliście. A przynajmniej w pewnych względach. Tu nie ma mowy o budżetowych akcentach czy skromnej formie. Jest za to świetnie rozplanowane wnętrze, genialna ergonomia i rozwiązania, których bym się nie spodziewał po czeskim SUV-ie. I choć nowy flagowy elektryk Czechów zaskoczył mnie na wielu płaszczyznach, to do ideału nieco mu brakuje, o czym miałem okazję przekonać się podczas pierwszych jazd w Alpach.
Škoda po raz pierwszy pokazała wizję Peaqa już 4 lata temu, w formie konceptu Vision 7S. Wówczas Czesi mieli ambitne plany dotyczące elektryfikacji – zapowiadali, że do 2026 r. pokażą trzy nowe elektryki. Mamy 2026 r., a do gamy dołączyły Epiq, Elroq i wspomniany Peaq. To się nazywa dotrzymać słowa.
Pokazany wtedy prototyp jasno pokazywał drogę, jaką marka zamierza podążać. Dla wielu mógł to być niemały szok. Właśnie wtedy Czesi postanowili ostatecznie zerwać z łatką budżetowej marki, a nowy rozdział otworzyło porzucenie znaczka z indiańskim pióropuszem, nazywanego przez wielu prześmiewczo "kurą". Rezultat, który dziś widzimy w formie Peaqa, jest śmielszy, niż mogliśmy się spodziewać, a twórcy przenieśli mnóstwo rozwiązań do produkcyjnego modelu. Ze stylistyką na czele.
Efekt jest taki, że na pierwszy rzut oka Peaq nie przypomina Škody. Potężne nadwozie z muskularnymi kształtami przywodzi na myśl wręcz marki klasyfikowane stopień wyżej. Nowy język stylistyczny Modern Solid odnajduje się tu znakomicie, choć całość podporządkowano rzecz jasna aerodynamice.
Dzięki licznym zabiegom, w tym kurtynom powietrznym czy lotkom udało się obniżyć współczynnik oporu powietrza do poziomu 0,249 i to bez zastosowania cyfrowych lusterek. Wynik imponuje tym bardziej, że mamy do czynienia z kawałem samochodu. Peaq mierzy 4874 mm wzdłuż, czyli aż o 11,6 cm więcej niż jego teoretyczny spalinowy odpowiednik – Kodiaq.
Ważniejszy jest tu jednak inny wymiar – rozstaw osi. Ten mierzy aż 2965 mm (o 17,4 cm więcej od Kodiaqa i 12,4 cm więcej od Superba) i stanowi fundament samochodu. Dzięki niemu wnętrze trudno nazwać inaczej niż prawdziwym salonem. I to dosłownie. To bez wątpienia najmocniejszy aspekt nowej Škody.
Rozkładane fotele, stolik i gigantyczny bagażnik
Już kokpit sugeruje, że Peaq zasługuje na miano flagowego modelu. Nie spotkamy tutaj układu znanego z niżej pozycjonowanych modeli, co samo w sobie jest miłym zaskoczeniem. Obecnie większość producentów, nawet premium, rozwija jeden projekt i, odpowiednio go skalując, implementuje we wszystkich swoich produktach.
Škoda do projektu deski Peaqa podeszła indywidualnie. Jej centralnym elementem jest 13,6-calowy ekran, który, nietypowo dla Czechów, zorientowano pionowo. Jeśli takie położenie wam nie odpowiada, będziecie mogli je zmienić. Wyświetlacz będzie bowiem obracany, choć… funkcja nie jest jeszcze dostępna. Ale będzie. Przy okazji następnej aktualizacji. Tak, tego typu rzeczy mogą zostać uzupełnione przez chmurę.
Ekran stanowi oczywiście centrum dowodzenia większością funkcji, ale Škoda nie oddała wszystkiego w ręce cyfryzacji. Dzięki temu do sterowania m.in. głośnością czy klimatyzacją wydzielono bardzo wygodne, fizyczne przyciski. Z kolei kierowcę i pasażera praktycznie zewsząd otaczają schowki. Nie ma mowy, by zabrakło miejsca na odłożenie czegokolwiek, a do dyspozycji jest aż 7 portów USB-C rozsianych po całej kabinie (po dwa na każdy rząd siedzeń i jedno gniazdo przy lusterku wstecznym).
To nie koniec zaskoczeń. Co prawda indukcyjna ładowarka nie jest niczym szczególnym, ale Škoda przygotowała w Peaqu dwa sloty z systemem Qi2, czyli magnesem centrującym i przytrzymującym urządzenie. Wisienką na torcie jest rozkładany stolik, który możecie wsunąć w uchwyt na kubki. Miejsce na jego przechowywanie wygospodarowano z kolei w podłokietniku – kwintesencja Simply Clever.
Škoda zaskoczyła też opakowaniem całości – miękkie obicia nie ograniczają się do podłokietników, a fortepianowej czerni nie spotkacie tu praktycznie w ogóle. Z kolei jeśli zamówicie pakiet Relax, przednie fotele będzie można rozłożyć do poziomu leżanki z podnóżkami. Krótka drzemka podczas ładowania? Proszę uprzejmie.
Przejdźmy do II rzędu, bo tu zaczyna się prawdziwy pokaz możliwości przestrzennych Peaqa. Jeśli uważacie, że Kodiaq miał dużo miejsca, elektrycznego SUV-a można śmiało nazwać autobusem – pasażerowie z tyłu mają niemal 6 cm więcej miejsca niż w spalinowym odpowiedniku. Siadając sam za sobą miałem oczywiście ogromny zapas, ale co ważniejsze, projektanci odpowiednio wyprofilowali kanapę, dzięki czemu pozycja jest naprawdę wygodna.
Škoda chwali się też, że Peaq oferuje największy bagażnik w historii marki, a także jeden z większych w klasie. Twórcy mówią o pojemności aż 890 l (935 l przy pomiarze "płynnym"), którą uzupełnia 37-litrowy frunk. Tam z kolei zmieścimy nie tylko kable, ale i roletę bagażnika, na którą przygotowano specjalną wnękę. To są właśnie te szczegóły, które sprawiają, że samochód jawi się jako przemyślany na wskroś.
Więcej niż w Kodiaqu jest również miejsca w III rzędzie – i to aż o 8,4 cm. To czuć. Jeśli myślicie, że dodatkowe siedzenia nadadzą się tylko dla dzieci, jesteście w błędzie. Po nieznacznym przesunięciu kanapy do przodu (na tyle, by pasażerowie tam siedzący dalej mieli wystarczająco miejsca na kolana) z tyłu w wyprostowanej pozycji usiądzie nawet dorosły.
Sam się tam zmieściłem bez większego trudu. Co prawda sama pozycja nie jest wymarzona, ale spokojnie mógłbym tutaj spędzić podróż dłuższą niż z jednego krańca miasta na drugi. W tej konfiguracji dalej pozostaje nam do dyspozycji sporo kufra – dokładniej mówiąc 299 l.
Świetna wydajność, ale…
Škoda będzie oferowała Peaqa w trzech wariantach: 60, 90 i 90x. Pierwszy ma akumulator o pojemności 63 kWh (59 kWh netto), natomiast pozostałe dwa – 91 kWh (86 kWh netto), co sprawia, że mamy do czynienia z największą baterią montowaną w elektryku Škody. Z kolei dopisek "x" mówi o napędzie na cztery koła.
Najbardziej sprzyjającą dalekim zasięgom wersją jest 90 – Škoda obiecuje tu nawet ponad 640 km zasięgu i pierwsze jazdy pokazały, że na mieszanej trasie wcale nie przejedziemy dużo mniej. Średnie zużycie energii na całej trasie obejmującej zarówno drogi górskie, jak i autostrady bez ograniczeń prędkości w Niemczech (z których korzystaliśmy "zgodnie ze sztuką") zakończyło się wynikiem 15,7 kWh, co w przeliczeniu dałoby ok. 550 km zasięgu.
Z kolei, zanim wjechaliśmy na autostradę, zużycie wahało się między 11 a 13 kWh/100 km. Przy tak wielkim aucie to naprawdę imponujący wynik, tym bardziej że wówczas przejechalibyśmy nawet więcej, niż deklarują Czesi. Z kolei skupiając się wyłącznie na jeździe na trasach szybkiego ruchu, spokojnie jesteśmy w stanie przejechać 350 km bez ładowania.
No właśnie, ładowanie… Škoda Peaq, ponieważ bazuje na płycie MEB+, nie dysponuje niestety architekturą 800V, co oznacza, że na szybkiej ładowarce przyjmie "tylko" 199 kW. Nie jest to zły wynik, ale czas uzupełnienia energii od 10 do 80 proc. wynoszący 28 min nie należy w dzisiejszych czasach do imponujących.
Muszę jednak przyznać, że to jedyny punkt auta, w którym można poczuć swoisty niedosyt. Pod kątem użytkowym Peaq został jako elektryk przygotowany bardzo dobrze. Komputer przewidujący zasięg szacuje wartości z dużą dozą ostrożności – podczas gdy na początku trasy system twierdził, że cel osiągniemy z SOC na poziomie 47 proc., ostatecznie dojechaliśmy, mając jeszcze 58 proc. naładowania.
A jak Škoda Peaq jeździ?
Oczywiście rozmiary i związana z autem masa są wyczuwalne, ale do pracy zawieszenia trudno się przyczepić. Jest rozsądnie zestrojone, komfortowe, a na krętych, górskich drogach zachowywało się przewidywalnie i dojrzale. W topowej wersji pod prawą nogą mamy do dyspozycji aż 299 KM, co sprawia, że flagowy elektryk Škody będzie całkiem żwawy.
W wersji 90 bez "x" mocy jest niewiele mniej, bo 286 KM, a cały potencjał trafia wyłącznie na tylne koła. Pierwsza "setka" pojawia się na zegarach po przyzwoitych 7,1 s (co stanowi tylko 0,5 s różnicy względem flagowej wersji), natomiast rozpędzanie kończy się na 180 km/h (jak pokazał test na niemieckiej autostradzie – licznikowych 186 km/h).
Jedynym powodem, dla którego ktoś wolałby wybrać wersję z napędem na cztery koła, jest jej lepsza wartość uciągu – ta wynosi bowiem 2000 kg. Tym niemniej, nawet w Peaq 60 i 90 nie ma na co narzekać, bo tu pociągniemy przyczepę o masie do 1800 kg.
Mimo sporych rozmiarów Peaq poradzi sobie także w mieście. Średnica zawracania na poziomie 9,9 m jest wręcz niewiarygodna jak tej wielkości samochód. Manewrowanie przychodzi więc z łatwością, a jeśli trafimy na ciasne miejsce na parkingu, będziemy mogli skorzystać z opcji zdalnego parkowania z pomocą aplikacji na telefonie (tak, bez obecności kierowcy w kabinie).
Škoda Peaq jawi się więc jako samochód rodzinny o wielu talentach, ale oczywiście na potencjalny sukces wpływ będzie miała cena. Czesi nie chcą już być postrzegani jako marka budżetowa, trudno więc oczekiwać niesamowitej okazji. Spalinowy odpowiednik – Kodiaq – startuje obecnie po przecenie z poziomu 167 tys. zł za wersję ze 150-konnym silnikiem.
Za 204-konne 2.0 TSI zapłacimy już 192,5 tys. zł i to ta kwota jest właściwym punktem odniesienia do potencjalnego cennika Peaqa. Podstawowa wersja czeskiego elektryka ma bowiem również 204 KM. Biorąc pod uwagę fakt elektrycznego napędu oraz większe rozmiary powinniśmy się więc spodziewać przekroczenia pułapu 200 tys. zł. Pozostaje pytanie – o ile?