Problem zajmowania miejsc do ładowania aut elektrycznych przez kierowców aut spalinowych jest doskonale znany również w Polsce. Powody, przez które to zjawisko jest powszechne, są dwa. Jednym jest zwykła nieuwaga czy ignorowanie znaków przez kierowców, a drugim - brak empatii kierowców aut spalinowych wobec tych jeżdżących elektrykami.
Korzystanie z auta elektrycznego przez wielu nadal jest traktowane jako zachcianka czy ekstrawagancja, a kłopoty z ładowaniem – jako problem pierwszego świata. W końcu jeśli sami kierowcy aut spalinowych z takim dyskomfortem się nie spotkali, to nie potrafią go zrozumieć. A jeśli jeszcze mają potrzebę udowodnienia wyższości aut spalinowych, to mają doskonałą okazję, by wykazać, że to oni mają przewagę.
Każdy właściciel auta elektrycznego może zapewne opowiedzieć wiele historii na ten temat. Ja również, korzystając z różnych aut tego typu, mam kilka takich doświadczeń. Pokazują one, że przed elektromobilnością jeszcze bardzo długa droga, bo właściciele elektryków są w tej batalii pozostawieni praktycznie sami sobie.
Z parkowaniem pod stacjami ładowania nie ma problemu wielu polskich kierowców, którzy w tych miejscach nie powinni stawiać swoich aut. W takich przypadkach z dziennikarskiej dociekliwości zagajam ich o powód, dla którego z własnej woli utrudniają życie innym. Spotykam się wtedy z tłumaczeniem, że nie mają czasu szukać wolnych miejsc, że te przecież i tak zawsze stoją puste, a poza tym, jeśli ktoś naprawdę potrzebuje naładować auto, to znajdzie sobie inny sposób. Spotkałem się również z tłumaczeniem pewnej bardzo sympatycznej starszej pani, że ona może tutaj parkować, bo ma niebieską Kartę parkingową. Na wieść o tym, że stoi na kopercie przeznaczonej nie dla osób niepełnosprawnych, ale właśnie dla kierowców aut elektrycznych, była bardzo zaskoczona. Mimo to auta nie przeparkowała.
Nadziei na szybkie zmiany w tej kwestii nie daje również postawa policji i straży miejskiej. Z moich obserwacji wynika, że zgłoszenia do aut tarasujących punkty do ładowania przyjmowane są w ostatniej kolejności czy nawet z otwartą niechęcią. Zdarzały się przypadki, że operatorzy próbowali przekonywać właścicieli aut elektrycznych, że oznakowanie tych miejsc nie jest dla nich jeszcze podstawą do odholowania auta bądź wystawienia mandatu (mimo prawidłowego oznaczenia znakiem D-18a), albo że punkt ładowania zapewne znajduje się na terenie prywatnym i nawet jeśli przyjadą, to i tak nie będą mogli nic z tym zrobić.
Przekaz w takich sytuacjach najczęściej jest prosty: "bogaczu w dziwnym aucie elektrycznym, zostaw w spokoju biednych ludzi w autach spalinowych, którzy mają poważniejsze zmartwienia na głowie".
Problem w tym, że coś, w czym jedna osoba widzi zabawę, inna może chcieć uważać za normę i swoją codzienność. I samochody elektryczne nie staną się normalnym elementem naszych dróg, jeśli nie zmieni się ich postrzeganie w tej kwestii. I żadne niższe ceny aut, ich większy zasięg czy nawet polska marka nic tu nie zmienią.