Rynek elektrycznych samochodów miejskich powiększył się o kolejnego zawodnika – Hyundaia Ioniqa 3. Nie ma się w nim do czego przyczepić, oprócz faktu, że jego cennik zaczyna się tam, gdzie powinien się kończyć.
Zapomnijcie o aucie uniwersalnym – elektryczne maluchy sprawdzą się w scenariuszu miejskim lub podmiejskim, gdzie możecie naładować je przez noc w garażu, a dziennie nie przejedziecie więcej niż 300 km (co, biorąc pod uwagę scenariusz przeciętnego europejskiego użytkowania, nie zdarza się częściej niż raz w roku).
Hyundai Ioniq 3 jest, jak większość Hyundaiów, ekscentrycznie narysowany i z pewnością zwraca na siebie uwagę. Pomimo tego, że jest to przedstawiciel segmentu B, mówimy tu o rozstawie osi na poziomie 2680 mm – więcej niż np. w Peugeocie 2008. Baterię umieszczono w podłodze i stylistycznie ukryto ją doskonale.
Dynamicznie opadający dach też ma swoje znaczenie – walka o jak najmniejszy opór aerodynamiczny ma kluczowe znaczenie w elektrykach. Dzięki temu w egzemplarzu ze zdjęć, z baterią 61 kWh, mówimy o zasięgu w mieście przekraczającym 500 km!
Hyundai oferuje dwie wersje Ioniqa 3. Bazowa ma ogniwo o pojemności 42,2 kWh (czyli zasięg w mieście to około 300 km), wyżej pozycjonowana wspomniane 61 kWh. O dziwo, to auta z mniejszą baterią mają mocniejszą jednostkę napędową generującą 147 KM. Alternatywą jest silnik mający 135 KM. I dobrze – nietrudno jest dostać w elektryku ponad 200 KM (np. w Volkswagenie ID. Polo), co nie ma najmniejszego sensu.
Hyundai Ioniq 3 robi wrażenie dojrzałością – z lupą można szukać podobnie wygodnego samochodu. Oczywiście we wnętrzu króluje gigantyczny ekran multimediów, ale cała reszta: fotele, deska rozdzielcza, tunel środkowy, to klasa sama w sobie. Pozostawiono fizyczne przyciski od klimatyzacji, a wystarczy przytrzymać klawisz na kierownicy, a systemy bezpieczeństwa zamilkną. Unia wymaga, wszyscy wyłączają – podobne rozwiązanie ma Mercedes, BMW, Grupa Renault.
Przestrzeni nie brakuje – mając 180 cm, zasiadam sam za sobą bez problemu. Pojawiły się oczywiście wątpliwości dot. wysokich osób na tylnej kanapie w połączeniu z opadającym dachem. Większym problemem jest jednak widoczność – łamana tylna klapa sprawia, że do tyłu widać po prostu mało, a grube słupki A sprawiają, że bardzo dokładnie będziecie rozglądać się przy skręcaniu w mieście.
Nowym trendem jest tworzenie bardzo głębokiego bagażnika – nie macie już zbiornika paliwa, nie montujecie koła zapasowego, więc obok 322 l "standardowego" kufra macie jeszcze 119 l pod podłogą.
WIDEORzeki, skały i lodowiec: wjeżdżam Toyotą Land Cruiser w głąb Islandii
Teoretycznie wszystko się zgadza – oprócz ceny. Bazowe egzemplarze startują z poziomu 119 900 zł. Auta z większą baterią to już kwestia 155 400 zł, samochód ze zdjęć – około 170 tys. zł. Elektryczna mobilność jest pociągająca, ale nie za cenę spalinowego SUV-a segmentu C.