Krótka perspektywa
Zapach spalonego paliwa i drżenie silnika wyczuwalne na plecach poprzez oparcie fotela to chyba najbardziej oczywiste doświadczenia, z jakimi na co dzień stykają się kierowcy. Nadchodzi jednak czas wielkich zmian. Producenci samochodów, którzy chcą liczyć się na rynku, muszą przewidywać jego trendy ze sporym wyprzedzeniem. W przeciwnym razie nie byliby gotowi na czekające motoryzację zmiany, a zaległości trudno jest nadrobić, bo zaprojektowanie auta od podstaw trwa kilka lat.
BMW to jeden z głównych graczy w segmencie samochodów luksusowych. Cytowany przez "Automotive News Europe" szef zespołu technicznego tej marki, Klaus Froelich, wyjawił, że zgodnie z przewidywaniami bawarskiej firmy, silniki Diesla w samochodach osobowych będą oferowane przynajmniej przez 20 najbliższych lat, a więc do 2039 r. Zdaniem analityków BMW dłuższe życie czeka jednostki benzynowe. Te będą stanowić napęd aut jeszcze przez 30 lat, czyli przynajmniej do 2049 r.
Jak zmiany będą przebiegały w różnych rejonach świata? Według Klausa Froelicha w ciągu dziesięciu lat w dużych chińskich miastach, jak Pekin czy Szanghaj, samochody będą wyłącznie bezemisyjne - czyli najczęściej elektryczne. W tym czasie w Europie dużą rolę zaczną odgrywać hybrydy typu plug-in. W USA samochody elektryczne znacznie zyskają na popularności, ale głównie na zachodnim wybrzeżu i nie będą dominującym typem pojazdów.
Szefostwo niemieckiej marki nie wierzy w szybkie przestawienie się motoryzacji na auta elektryczne. Głównie ze względu na trudności z dostępnością do materiałów potrzebnych do produkcji baterii.
Zaciskanie pasa i kary
Skąd pomysł o końcu silników spalinowych? Nie jest on spowodowany wyrażanymi przed laty obawami co do wyczerpania zasobów ropy naftowej. Chodzi o emisję. W wielu miejscach świata politycy dążą do zaostrzania jej norm w ramach dbania o klimat i zdrowie stykających się ze spalinami ludzi. W Europie dla producentów idą trudne czasy.
W 2018 r. średnia emisja CO2 dla zarejestrowanych w Europie samochodów wyniosła 120,5 g CO2/km. W myśl ustalonych na przełomie 2018 i 2019 r. regulacji od 2021 r. działający w Europie producenci będą musieli zmieścić się w limicie 95 g średniej emisji CO2/km dla floty oferowanych przez siebie modeli. Jeżeli to się nie uda, wytwórca za każdą sprzedaną sztukę pojazdu zapłaci karę. Będzie to 5 euro za pierwszy gram przekroczenia limitu CO2, 15 euro za drugi, 25 euro za trzeci i 95 euro za każdy kolejny.
Jak szacuje firma analityczna Alix Partner, koncern Volkswagena musi liczyć się z karą rzędu 1,83 mld euro, a Fiat Chrysler Automobiles 746 mln euro. Sposobem na uniknięcie kar będzie wprowadzenie do oferty jak największej liczby aut elektrycznych, ale i to nie jest tanim wyjściem. Jak wyliczyli analitycy, opracowanie, wdrożenie i utrzymanie platformy, będącej podstawą modeli samochodów, z jednoczesnym wykorzystywaniem silników spalinowych i elektrycznych to koszt 2 mld euro rocznie.
Aktualna emisja CO2 przez floty poszczególnych producentów jest wyraźnie wyższa niż 95 g CO2/km, więc producenci mają twardy orzech do zgryzienia. W najlepszej sytuacji jest Toyota. Dla japońskiej marki średnia emisja wynosi 99,9 g CO2/km. W przypadku dalej sklasyfikowanych Peugeota i Citroena jest to odpowiednio 107,7 oraz 107,9 g CO2/km, a dla dziewiątego na liście Volkswagena już 118,6 g CO2/km.
Jaka przyszłość?
Oczywiste jest, że popularyzacja samochodów elektrycznych zajmie jeszcze lata, a może nigdy nie dojdzie do skutku na skalę globalną. Powodem takiego pesymizmu są oczywiście ceny tego typu pojazdów oraz słaba infrastruktura ładowania aut w części Europy - w tym w Polsce. Jeśli analitycy BMW mają rację, w przyszłości Europa postawi na hybrydy typu plug-in. Dziś są one drogie i stosunkowo mało użyteczne, ponieważ ich zasięg wyłącznie na prądzie to ok. 50 km przy sprzyjających warunkach. Niebawem wiele może się jednak zmienić.
Część producentów, w tym Toyota i Audi, pracuje nad bateriami z elektrolitem w postaci ciała stałego. Taki akumulator mógłby przechowywać dwa razy więcej prądu przy zachowaniu tej samej objętości i wagi, co dzisiejsze baterie. Hybryda plug-in z takim akumulatorem mogłaby przejechać bez użycia silnika spalinowego 100 km, a to zupełnie wystarczałoby większości zmotoryzowanych. Kiedy należy spodziewać się rewolucji? Japończycy zapowiedzieli, że gotową baterię będą mieć już w 2020 r. Nim zostanie ona wdrożona do produkcji, minie jednak jeszcze sporo czasu.
Najbliższe lata przyniosą nam duże zmiany w motoryzacji. Póki możemy, cieszmy się tradycyjnymi silnikami. A co potem? Wygląda na to, że zmotoryzowanych czeka nieco mniej zabawy, ale na co dzień będziemy mogli oddychać pełną piersią.